Dlaczego podjęłam temat ćwiczeń po porodzie?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, muszę opowiedzieć Ci pewną historię. Czas jakiś temu (wcale nie tak dawno, jak w bajkach), za górami, za lasami (to akurat prawda), mieszkała Kobieta, która miała dwójkę dzieci.

Sama o sobie mówiła, że jest “późną matką”, bo dzieci urodziła mając 36 i 41 lat. Szczególnie pierwszy poród zostawił piętno na jej ciele. Ale zanim została Mamą, żyła w świecie biologii i fitnessu…

…Moja przygoda z profesjonalnym fitnessem zaczęła się w 2002 roku, kiedy wreszcie postanowiłam zrealizować swoje marzenie i zdobyć kwalifikacje instruktorskie. Po półtorarocznym kursie teoretyczno-praktycznym stanęłam po raz pierwszy przed grupą i… totalnie wsiąknęłam.

Moja nauka tak naprawdę wtedy dopiero się rozpoczęła. Wsiąknęłam totalnie. Pokochałam prowadzenie zajęć, interakcje z ludźmi, rozmowy po zajęciach. No i fantastyczne Babeczki, które obdarzyły mnie zaufaniem. Przez kolejne 3 lata prowadziłam zajęcia, jeździłam na szkolenia i konwencje, doszkalałam się.

Z końcem 2007 wyjechałam do UK. Rok zajęło mi zaadoptowanie się do nowej rzeczywistości. Tutaj też prowadziłam zajęcia, choć już znacznie mniej niż w Polsce. I tak naprawdę dopiero zajście w ciążę spowodowało, że zawiesiłam zajęcia. Zamierzałam do nich wrócić, ale poród, do którego byłam świetnie przygotowana i czułam się silna jak nigdy, niestety się skomplikował. Nawet bardzo się skomplikował, choć to temat na inną opowieść. W efekcie dzień, który miał być jednym z najpiękniejszych w życiu, stał się jednym z najbardziej traumatycznych. Jedynym pocieszeniem był fakt, że mój wyczekany Synek urodził się zdrowy.

Kolejne tygodnie i miesiące były męką zarówno psychiczną, jak i fizyczną. O powrocie do prowadzenia zajęć nawet nie było mowy. Ponad dwa lata zajęło mi dojście do jako-takiej równowagi. Kolejne dwa lata upłynęły mi pod znakiem starań o drugie dziecko. Wszelkie myśli o powrocie do profesjonalnego fitnessu zakopałam głęboko w szufladce “odłożone na wieczne nigdy”. W dużym stopniu pogodziłam się z myślą, że ta droga dla mnie jest już zamknięta. Kiedy mając 41 lat rodziłam moje wyczekane, drugie Maleństwo, Życie szykowało mi niespodziankę. A był nią… absolutnie błyskawiczny, podręcznikowy poród. Łatwy tak, że na drugi dzień wypaliłam do Męża w zadumie: “Wiesz, po takim porodzie, to mogłabym jeszcze jedno dziecko…” Biedny zbladł z wrażenia, bo widział, że nie żartuję 🙂

Kolejne tygodnie i miesiące upływały mi na łączeniu bycia Mamą i próbach powrotu do formy sprzed ciąż. Oczywiście łatwiej sobie zażyczyć, niż wykonać. Szczególnie, że w uszach ciągle brzęczały mi słowa wypowiedziane lata wcześniej przez kuzynkę: “bo wiesz, po 40-tce metabolizm zwalnia i już nie jest tak łatwo…” No i rzeczywiście, nie było łatwo. Miałam prywatną trenerkę w jednym z najlepszych klubów w mieście. Niestety, nie była w stanie mi pomóc. Byłam na konsultacjach u GP (General Practitioner – czyli angielska wersja lekarza rodzinnego) i w szpitalu, oraz w Polsce u znanej ginekolog. Zaproponowano mi operację, by naprawić szkody powstałe po pierwszym porodzie. Odrzuciłam tę “ofertę”, bo czułam, że jest inne wyjście. Że to nie może być prawda. Żyłam w rozdwojeniu jaźni, z jednej strony ciesząc się dziećmi i dziękując za nie każdego dnia, a z drugiej strony przeklinając własne ciało za to, że tak mnie zdradziło. Że zawiodło tak bardzo w kwestii, do której tak naprawdę zostało stworzone. Że zawiodło pomimo tego, jak bardzo ćwiczyłam i przygotowywałam się do porodu. Nawet prawie uwierzyłam, że to cena, kara wręcz (!), za późne macierzyństwo. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym któregoś dnia nie stanęła przed lustrem i opierdzieliła się z góry na dół za takie myślenie. “Weźże się w garść, dziewczyno” (tak! jestem z Krakowa i “weźże, mówże, zróbże” towarzyszą mi przez całe życie) – powiedziałam sobie. “Masz w głowie kopalnię wiadomości, opanowane podstawy fizjologiczno-biochemiczno-anatomiczno-dietetyczne; wiesz, gdzie szukać dodatkowych informacji. Skompiluj sobie sama tę wiedzę i wreszcie się ogarnij.” Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Kolejne miesiące przyniosły mi upragniony przełom. Zaczęłam znowu ćwiczyć. Ale tym razem inaczej. Mądrzej. Początkowo skupiłam się wyłącznie na wzmocnieniu mięśni dna miednicy, a moja biblioteka ćwiczeń rosła. Rozejście kresy białej stponiowo zaczęło się zmniejszać z 4 palców do dwóch. Kiedy zobaczyłam upragnione efekty, dodałam ćwiczenia bardziej intensywne – w tym mój ulubiony HIIT (High Intensity Interval Training, czyli trening interwałowy o wysokiej intensywności). Tu skupiłam się na modyfikacjach pod kątem bezpieczeństwa dna miednicy oraz wykluczeniu ćwiczeń mogących pogłębić rozejście mięśni brzucha. Wprowadzałam kolejne modyfikacje do diety, a przełomem okazała się eliminacja cukru i dryf w kierunku diety ketogenicznej/paleo.

W końcu mnie olśniło: przecież to jest wiedza, którą powinnam się dzielić z innymi kobietami! To mój prywatny MAGICZNY MOST, który prowadzi mnie z powrotem w krainę fitnessu! To był mój własny Eureka-moment! I nagle zobaczyłam, jak małe kawałeczki puzzli układają się w jedną, wielką całość… Fitness i prowadzenie zajęć. Ciąża i świetne przygotowanie do porodu. Poród, który poszedł bardzo źle. Miesiące spędzone w depresji. Kolejna ciąża i zaskakujący, błyskawiczny poród. Odnaleziona na nowo nadzieja. Poszukiwania i nauka. Specjalistyczny kurs ukierunkowany na trenowanie kobiet w ciąży i po porodzie był oczywistością. A to wszystko po to, bym mogła wrócić na salę ćwiczeń i służyć swoją wiedzą i doświadczeniem tym wszystkim Kobietom, które potrzebują mojej porady. I mojego doświadczenia. Tego, że je zrozumiem, bo sama przeszłam przez to, przez co One przechodzą. Jeśli tylko zdecydują się mi zaufać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *